Nie tęsknię za szkołą… Chociaż?

Właśnie rozpoczął się rok szkolny. Uczniowie z większym lub mniejszym entuzjazmem założyli plecaki na plecy i ruszyli w kierunki budynku, w którym będą spędzać po kilka godzin przez następne 9 miesięcy. Wiecie co? Z tej okazji opowiem Wam o moich wspomnieniach z tego okresu…

Szkołę skończyłam już dobrych parę lat temu (6 dokładnie, jeśli kogoś by to interesowało). Mam wrażenie, jakby to było bardzo, bardzo dawno, jednak wspomnienia pozostały. Dzisiaj, dzieci, opowiem Wam, jak to ciocia Koneserka była uczennicą i zmagała się problemami każdego nastolatka…

 

Sprawdziany, prace domowe, kartkówki…

Ze zgrozą wspominam wszystkie „formalności” szkolne. Prace klasowe zawsze przychodziły „niespodziewanie” (pomimo dwutygodniowej zapowiedzi), kartkówki wywoływały zawał serca (zwłaszcza te z matematyki i łaciny), a prace domowe były kulą u nogi. Nosiło się te kilkukilogramowe plecaki na plecach, bo przecież trzeba było mieć ze sobą wszystkie zeszyty, podręczniki, ćwiczenia, a do tego coś do jedzenia, picia i niezbędne rzeczy codziennego użytku. Choć przyznam szczerze, że na te ostatnie zazwyczaj nie starczało miejsca. Z okresu szkolnego pamiętam dokładnie kilka zadań, które musiałam wykonać na lekcje:

  • w podstawówce na historię miałam przygotować drzewo genealogiczne rodziny (byłam w czwartej klasie podstawówki). Wykonałam piękny rysunek na dużym brzoskwiniowym brystolu (to, że pamiętam jego kolor, świadczy o tym, jak ważne było to wydarzenie), jednak nie umieściłam na nim dat urodzenia. Na zajęciach nauczyciel poprosił, bym dodała je – tak na oko. No to dodałam, a że mój mózg nie radził sobie z abstrakcyjnością liczb i upływu czasu, to wyszło na to, że moja kochana mama ma 200 lat. Gdy nauczyciel to zobaczył, zaczął tak się śmiać histerycznie i pokazał moje „dzieło” klasie. Możecie pomyśleć, jak się wtedy czuła ta 11 letnia Asia…
  • w gimnazjum na historię musiałam napisać pracę o danej starożytnej cywilizacji. Wybrałam swój ulubiony Egipt. Zamiast jednak pisać nudne wypracowanie, napisałam „dziennik pokładowy” – takie prace domowe mogłam robić cały czas.
  • w liceum doskonale pamiętam robienie mapek mentalnych na lekcję polskiego. Ile to drzew musiało zginąć, żebym stworzyła te swoje wypociny, które i tak w rezultacie trafiały do kosza. Ale przyznam, że był to bardzo dobry sposób na naukę. No i nasza nauczycielka wieszała później te mapki na tablicach korkowych i można było z nich „legalnie” ściągać. 😉

 

Z dysfunkcjami w szkole da się żyć…

Tak po prawdzie, to nigdy nie byłam dobrym uczniem. Owszem, oceny były zadowalające, a w podstawówce uzyskałam tytuł absolwenta roku za całokształt działalności (szczególnie za osiągnięcia artystyczne), ale uczenie się wzorów matematycznych czy języków przychodziły mi z wielkim trudem, a co za tym idzie – nie chciałam tego robić.  Sprawę do dodatkowo utrudniały moje dysfunkcje związane z czytaniem, liczeniem i pisaniem. Moi rodzice jednak nie pozwolili mi się poddać tym słabościom. W wielkich bólach związanych z nauką ortografii, brakiem abstrakcyjnego myślenia związanego z matematyką i odczytywaniem godziny oraz czytaniem, udało mi się dojść do tego momentu, w którym jestem teraz – zawodowo zajmuję się pisaniem. Choć nadal czasem zapiszę zamiast „u” – „y” i  odwrotnie, to zdecydowanie tych błędów robię mniej. Problem jednak wciąż pojawia się, gdy muszę rozliczyć się z jakiś opłat z Szarookim i muszę policzyć lub gdy zamawiamy jedzenie w pracy, ludzie dają mi wszystko tak, jak ma być, a ja nadal wychodzę na minusie. 😉

 

Szkoła to dla mnie zajęcia pozalekcyjne…

Nie mam prawie w ogóle wspomnień związanych z samymi lekcjami – no chyba że zrobiłam coś, co mnie zawstydziło lub powiedziałam coś nie tak. Takich wspomnień mam DUŻO… Pamiętam jednak dokładnie większość chwil, które spędziłam w budynku szkoły, rozwijając swoje zainteresowania. Kółko plastyczne, zespół muzyczny, kółko teatralne, konkursy poetyckie i literackie oraz olimpiady z języka polskiego, a nawet moja nieszczęsna szkoła muzyczna. Było tego dużo i to te aktywności sprawiają, że uśmiecham się na myśl o szkole.

W wakacje też spędzałam czas w szkole, siadając w sali do plastyki i malując obrazy.

Uwielbiam wręcz wspomnienia związane z zespołem muzycznym, w którym byłam całe gimnazjum i liceum. Była to wspaniała przygoda i myśl o odbywającej się popołudniu próbie, umilała siedzenie na nudnych lekcjach. Wszystko kręciło się wokół tych kreatywnych zajęć i czułam, że mogłabym się zajmować tylko tym. No ale trzeba było też uzyskać wiedzę podstawową z języka polskiego (akurat tu problemów większych nie miałam dzięki rodzicom polonistom) i przedmiotów ścisłych (tu już gorzej…). Ile razy siedziałam na próbach zespołu i w międzyczasie walczyłam z pracą domową z matematyki i łaciny. Przynajmniej dobra muzyka leciała 😉

6 lat przygody ze śpiewem w zespole poezji śpiewanej to ogrom czasu i wiele pięknych chwil i emocji. Ale ile było przy tym śmiechu!
Przyjaźnie ze szkolnej ławki?

Ile razy to słyszałam, że przyjaciele ze szkolnej ławki są na całe życie. No cóż.. Nie. Nic nie ma na całe życie, jednak jestem wdzięczna każdej osobie, którą spotkałam na swojej drodze, bo w mniejszym lub większym stopniu wpłynęli na to, kim jestem dziś. Niestety, z niewieloma osobami ze szkoły utrzymuję kontakt, jednak uważam, że to naturalna kolej rzeczy – każde ma swoje nowe życie. Cieszę się jednak za każdym razem, gdy widzę znajomą twarz na ulicy lub gdy z moimi bliskimi koleżankami uda się umówić na herbatę podczas nielicznych pobytów w rodzinnym mieście. Gdy myślę o koleżankach i kolegach ze szkolnych lat, to w większości trafiłam na naprawdę wartościowe osoby, z którymi spędziłam fantastycznie czas zarówno na korytarzu, lekcjach, jak i zajęciach dodatkowych.

 

Czy tęsknię za szkołą?

Zdecydowanie nie. Pomimo wszystkich swoich wspomnień, uważam ten rozdział za definitywnie zakończony i nie ma co go rozgrzebywać.Uwielbiam moja obecną niezależność, pracę, obecne DOROSŁE życie. Jedyne, czego mi brakuje, to kupowania nowych zeszytów, długopisów i zapachu nowych podręczników 😉 Każdy ma swój kryptonit.

 

A Wy tęsknicie za szkołą? A może jeszcze się uczycie? Co najbardziej lubiliście, a co doprowadzało Was do szału? Dajcie znać w komentarzach.