Koneserkowe tu i teraz – Lipiec’17

Po prawie miesięcznej przerwie od pisania postów i nagrywania filmów nastał czas powrotów. Mimo że mnie chwilę nie było, nie oznacza, że blog leżał odłogiem. W ciągu ostatnich tygodni wydarzyło się kilka naprawdę fajnych rzeczy. Rozsiądźcie się wygodnie i podsumujmy lipiec’17!

 

Ostatnio moje życie trochę stanęło na głowie, jednak powoli wraca do normalnej (?) pozycji. Na szczęście piszę to w pozytywnym znaczeniu tego zawirowania. Podjęłam kilka ważnych decyzji prywatnych, więc przyszły rok będzie pełen zmian. O szczegółach napiszę jednak innym razem.

Zanim przejdę do standardowego „Tu i teraz” pełnego lifestyle’u, chciałabym jeszcze napisać parę słów o blogu. Cieszę się, że mogę Wam zaprezentować nowy „wystrój” na Koneserce oraz nowe logo.

Dwa tygodnie zajęło mi poprawianie tekstów, SEO, podpinanie starych komentarzy, zmiana motywu i kilka innych spraw. Koniecznie dajcie znać, co myślicie – jestem bardzo ciekawa.

 

A teraz chwyćcie kawałek ulubionej czekolady i powspominajmy lipiec’17.

CZUJĘ SIĘ podekscytowana zmianami, jakie mnie czekają. Ponadto odkąd pilnuję, by nie jeść glutenu, czuję się lepiej. Rzadziej boli mnie brzuch czy boli głowa. Cera też mi się poprawiła. Jednocześnie jeśli zjem sporadycznie jakiś wafelek czy zupę zagęszczaną mąką, to nie robię z tego powodu tragedii. Doceniam to, że w moim przypadku zmiana diety wynika z wyboru, a nie konieczności. O inspiracjach na bezglutenowe potrawy możecie przeczytać >TUTAJ<.

 

CIESZĘ SIĘ  piękną wakacyjną pogodą – zwłaszcza w ostatni weekend, gdy wybraliśmy się z Szarookim na lokalny market ze street foodem. Zamówiliśmy napoje, usiedliśmy na leżakach pośród zadowolonych ludzi i rozkoszowaliśmy się się latem. Dookoła było słychać muzykę, pachniało jedzenie, a promienie słońca przyjemnie grzały skórę. Spróbowaliśmy też pierwszy raz w życiu tajskich lodów. Wybrałam wersję ze słonym karmelem – były ciekawe w smaku, choć chyba wolę tradycyjne lody czekoladowe 😉

 

Cieszę się też, bo nadchodzący sierpień to miesiąc kilku wyjazdów – w tym na wieczór panieński mojej koleżanki z liceum. Cieszę się, że kolejna bliska mi osoba rozpoczyna nowy etap w życiu.

 

JESTEM WDZIĘCZNA ZA wszystkie chwile spędzone z naszymi rodzinami. To niesamowite, jak relacje się zmieniają z upływem czasu. O moich wspomnieniach związanymi z rodzicami pisałam Wam >TUTAJ<. Uważam, że mam naprawdę wielkie szczęście mając taką rodzinę i cieszę się, że małymi krokami staję się członkiem drugiej.

 

CHCIAŁABYM wprowadzić więcej aktywności w moim życiu. Staram się dużo chodzić, jeździć rowerem, ale mimo to raczej określiłabym mój dzień jako siedzący. Pomyślałam o basenie – robi dobrze na stawy i bardzo lubię taplać się w wodzie (bo pływaniem nazwać tego nie można). Nie lubię jednak chodzić na pływalnie sama i nie mogłam znaleźć towarzystwa, z którym zgrałabym się czasowo.

Ostatnio jednak napotkałam post Life Menagerki, która bardzo trafnie opisała stosunek Polaków do tańca. Zawsze powtarzałam, że nie lubię i nie umiem tańczyć. Jedno wynikało z drugiego. Gdy poznałam Szarookiego, wielokrotnie wyciągał mnie na parkiet. Za każdym razem odmawiałam (no poza sytuacjami, gdy byliśmy sami w domu). W końcu wybraliśmy się razem na wesele i stwierdziłam, że z nim mogłabym częściej tańczyć i łatwiej jest mi się skupić na samej zabawie, a nie na przekonaniu, że ktoś się na mnie gapi. To dlaczego nie wprowadzić kilka razy w tygodniu godziny z tańcem? Co o tym myślicie? Dajcie znać w komentarzach.

 

PRACUJĘ NAD samą sobą. Nad nieprzejmowaniem się rzeczami, na które nie mam wpływu oraz przyjmowaniem krytyki. Cieszę się, bo zrobiłam naprawdę duży postęp w ciągu ostatnich dwóch lat. Pracuję też nad nowymi projektami, których efekty zaprezentuję Wam w odpowiednim czasie. I co najważniejsze, robię wszystko, aby jak najszybciej przenieść się na „swoje” 🙂

 

UCZĘ SIĘ szyć. Ostatnio maszyna znowu poszła w ruch. Dokupiłam zapas igieł (mam tendencję do ich szybkiego łamania), nowe tkaniny i planuję szycie sukienek na czekający mnie ślub we wrześniu. Mam jednak nadal problem z obszywaniem dekoltów i muszę się nauczyć obrabiać szwy. Najlepszym sposobem na naukę jest przerabianie starych ubrań 🙂

SŁUCHAM coverów w wykonaniu GnuS Cello. Trafiłam na nie zupełnie przypadkowo, jednak zostałam na dłużej i kilka dni temu całe popołudnie leciały znane utwory grane na wiolonczeli. A że uwielbiam z całego serca ten instrument (przeczytaj >TUTAJ<), to wiem, że będę częściej wracać na kanał tego człowieka bez twarzy 😉

 

CZYTAM obecnie „Duchowe życie zwierząt” Petera Wohllebena. Jest to zdecydowanie inna książka, niż czytałam dotychczas. Póki co jednak jestem zadowolona, że po nią sięgnęłam. Skończyłam też „Wieżę jaskółki” Sapkowskiego – przygody Geralta, Ciri i reszty ferajny bardzo mnie wciągnęły. Po przeczytaniu „…życia zwierząt” na pewno chwycę kolejną część z serii.

OGLĄDAM obecnie „The crown”. Jeszcze nie wiem, co sądzić o tym serialu, więc zobaczymy w przyszłości. Moje wyprawy do kina ostatnio w większości przypadków były owoce. Wraz z bliskimi znajomymi wybraliśmy się na „Spider-Man: Homecoming”. Jeśli mam być szczera, to chyba żaden film Marvela do tej pory mnie tak nie zachwycił. Naprawdę wiernie oddali klimat komiksu i szczerze się śmiałam ze wszystkich żartów. Zdecydowanie mogę zaliczyć go do swoich ulubionych z uniwersum.

Podczas pobytu w rodzinnym mieście w ramach festiwalu filmów historycznych miałam okazję zobaczyć z moją mamą „Marię Curie-Skłodowską” z Karoliną Gruszką. Nie dość, że miałam okazję posłuchać dialogów w niezwykle melodyjnym języku francuskim, to jeszcze naprawdę z zainteresowaniem obejrzałam ten film.

Niestety, ale tego samego nie mogę powiedzieć o „Czym chata bogata”, który był dla mnie żenujący i nieśmieszny. Nie lubię filmów, które w perfidny sposób ośmieszają inne narodowości i ich zwyczaje.

 

CZEKAM NA sierpień i nadchodzące uroczystości. Wierzę, że będę się świetnie bawić. Dodatkowo najbliższe miesiące będą pełne zawirowań, ale jakże piękny będzie ich finał. Nie mogę się doczekać.

 

LUBIĘ mój nowy naszyjnik od Szarookiego, który kupił mi na jarmarku. Gdy zobaczyłam kwiaty zatopione w żywicy, zakochałam się. Delikatność zatopiona w przezroczystej masie. Kolejnym moim ulubieńcem jest mój bullet journal w kaktusy, który po prostu uwielbiam. Bardzo dobrze mi się sprawuje – zwłaszcza w zestawie z nowym piórnikiem (prezentem od rodziców, który przywieźli z Malty) i pastelowymi zakreślaczami Stabilo.

A jak Wam minął lipiec’17? Byliście w nowych miejscach, a może znaleźliście nowych ulubieńców? Koniecznie dajcie znać w komentarzach.

  • Na „Marię Curie-Skłodowską” wyciągnęłam przyjaciela-chemika, ale poszłam głównie po to, żeby popatrzeć sobie na suknie Marii. Strasznie mi się podobały (dziwna skłonność do czarnych ubrań, wiem), jak uznam, że jestem już za stara na udawanie hipstera, to zacznę się tak ubierać (szczególnie jeżeli będę pracownikiem naukowym lub innym ziomkiem na stanowisku uważanym za „poważne”) 😀