‚Miszczunio’ organizacji, czyli cztery miesiące z Bullet Journal

Bullet Journal, Bujo, BJ… Jakby tego nie nazywać, jest to świetne narzędzie do planowania. Dlaczego sprawdza się lepiej, niż kalendarze i plannery? Dzisiaj opowiem Wam o moich wrażeniach i pokażę, jak wygląda mój notatnik…

Uwielbiam być zorganizowana. Czuję się dobrze, gdy mam ważne rzeczy zapisane, poplanowane i (co najważniejsze) zrealizowane. Nie zawsze jednak tak było. W szkole podstawowej i gimnazjum potrafiłam o wielu rzeczach zapomnieć. Zrobić pracę domową, przynieść coś na zajęcia, kupić coś ważnego, a czasem nawet o sprawdzianach. Dopiero w liceum zaprzyjaźniłam się z kalendarzem i zaczęłam wszystko notować. Od zawsze jednak miałam słabość do tworzenia list, dokładnego planowania wyjazdów. Robiłam długą rozpiskę rzeczy do zabrania, co warto odwiedzić w nowym miejscu, jak będzie przebiegała podróż, itp. Taki był ze mnie „miszczunio” organizacji.

W zeszłym roku poznałam nowe narzędzie – Bullet Journal. Nazwa z początku wydała mi się trochę enigmatyczna, z czasem jednak zrozumiałam fenomen tego rodzaju organizacji. Usłyszałam o nim u niezastąpionej Kasi z worqshop (jej posty na ten temat znajdziecie TUTAJ). W grudniu w prezencie od Szarookiego dostałam notatnik z Gryffindorem, który postanowiłam przeznaczyć na Bujo. Moja przygoda rozpoczęła się w styczniu…

POCZĄTKI…

Przeglądając inspiracje dotyczące Bullet Journal można naprawdę oszaleć. Za dużo pięknych rzeczy na raz. Niektóre notatniki po prostu zwalają z nóg swoją estetyką i rysunkami. Oczywiście z początku reagowałam na wszystko w sposób bardzo entuzjastyczny: „O! To będę mieć w swoim Bujo… I to też… I jeszcze to”. Gdybym chciała włączyć te wszystkie inspiracje do swojego zeszytu, to w jednym zmieściłabym dwa miesiące maksymalnie. Z czasem też stwierdzałam, że pomimo pięknego wyglądu u innych, u mnie mogłoby się to nie sprawdzić. W końcu podjęłam decyzję – postawię na minimalizm i zobaczymy, co będzie dalej.

Tak też się stało.

A JAK TERAZ WYGLĄDA MÓJ BUJO?

Pierwsze 6 stron mojego Bullet Journala stanowi kalendarz roczny, urodziny, imieniny, itp. Każdy miesiąc w tej części jest dokładnie rozpisany o wszelkie święta i inne ważne dla mnie daty.

Później zaczynają się rozpiski poszczególnych miesięcy. Z początku zajmowały one po ok. 12 stron. Obecnie jednak się rozrosły i mają od 19-22 stron. Schemat jest niemal ten sam: widok na cały miesiąc + wydatki i priorytety w tym okresie (2strony),  sprawy blogowe + pomysły na wpisy (2 strony), rozpiska tygodniowa (po 2 strony na 7 dni).

W lutym postanowiłam wprowadzić do swojego organizera kilka dodatkowych stron, np. dobre nawyki, które bardzo spodobały mi się u Kasi.  Niestety, przez pierwsze 2 miesiące w ogóle się to mnie nie sprawdzało. Zaznaczałam swoje postępy przez pierwsze 9-10 dni, a następnie o tym zapominałam. Dopiero w kwietniu udało mi zapełnić kolorami wszystkie 30 kratek. Mam nadzieję, że z czasem strona będzie cała niebieska.

Po zainspirowaniu się wprowadziłam także Codziennik, w którym zapisuję skrótowo kilka rzeczy, które się wydarzyły danego dnia. Jest to bardzo pomocne przy uzupełnianiu wpisów w Project Life, ale także uczy uważności i doceniania przyjemnych chwil w ciągu dnia. Z początku zajmował on tylko jedną stronę, obecnie jednak poszerzyłam na dwie, by mieć więcej miejsca do pisania.

W pewnym momencie miesiąc powiększył się o kolejne dwie strony – „3 x dumna”. Po pewnej rozmowie z moją siostrą, postanowiłam skupić się bardziej na sobie i nauczyć się doceniać samą siebie. Dlatego każdego dnia wypisuję trzy rzeczy, dzięki którym czuję się dumna. Często są to drobiazgi typu „zrealizowałam swój plan na dzień” lub ” nagrałam dobry tutorial”. Wbrew pozorom nie jest łatwo wypisać limit. Z czasem jednak będzie coraz lepiej.

Na końcu mojego Bujo umieściłam kwestie związane z kontem oszczędnościowym oraz notatki.

CZEGO UŻYWAM DO ZAPISKÓW?

Podstawą jest oczywiście notatnik – mój ma 196 stron i jest w kratkę. Kartki może są odrobinę zbyt cienkie, jednak dobrze mi się z nim pracuje. Wiem, że wiele osób preferuje zeszyty z stronami wykropkowanymi, np. Leuchtturm – może kiedyś spróbuję, jednak w kolejce na moje zapiski czeka piękny sztambuch w skórzanej czerwonej oprawie i z pustymi stronami.

Przy planowaniu wspomagam się wszelkimi kartkami samoprzylepnymi i zakładkami indeksującymi. Mam ich sporo, więc na pewno przez długi czas mi ich nie zabraknie. Są pomocne przy zaznaczaniu poszczególnych stron lub oddzielaniu od siebie miesięcy.
Tę samą funkcję pełni taśma washi przyklejona wzdłuż krawędzi kartki z rozpiską miesiąca. Jest to kolejny patent podpatrzony na worqshop (ach, ta Kasia) i sprawdza się naprawdę świetnie. Szczególnie, jeśli macie pokaźną kolekcję taśm.

Taśmy służą mi też po prostu do ozdabiania stron lub maskowania ewentualnych błędów, a do podkreślania zapisków i zamalowywania kratek w dobrych nawykach używam mini zakreślaczy w różnych kolorach.

Ważne jest jednak też to, czym zapisujemy. Z początku używałam zwykłego długopisu, jednak bardzo nie lubię skreśleń. Gdy plany mi się zmieniały, z bólem serca przekreślałam wpisany wcześniej punkt. W pewnym momencie zdecydowałam się na kupienie długopisu, który można zetrzeć niczym ołówek. Sprawdza się u mnie bardzo dobrze i współgra z zakreślaczami (nie rozmazuje się).  Wszelkie plany są zawsze w kolorze niebieskim. Bazę jednak tworzę czarnym długopisem – szablony miesięcy, napisy, itp. Wtedy nic mi się nie zlewa. Czasami używam też datownika w rozpiskach tygodniowych.

4 MIESIĄCE Z BUJO – JAK WRAŻENIA?
Z początku miałam dużo obaw i myślałam, że będzie to kolejny zeszyt, który rozpocznę i nigdy nie skończę. Cieszę się, że się pomyliłam. Może to zasługa wyglądu notatnika (Potteromaniak 24h/dobę), ale myślę, że przede wszystkim samo narzędzie mi bardzo przypadło do gustu.

Planowanie w Bullet Journal daje ogromną dowolność i zawsze będziemy mieć planner dostosowany w 100% do siebie. W kalendarzach zawsze przeszkadzały mi niepotrzebne strony lub brak wystarczającej ilości miejsca na zapiski. Przy tym narzędziu sprawa sama się rozwiązuje.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że może nie każdy chciałby się bawić w rozpisywanie co miesiąc kolejnych 4 tygodni. Dla tych jednak, którzy lubią pisać na papierze (taki oldschool w dzisiejszych czasach) i po prostu szukają nowego sposobu organizacji, to mogę z czystym sercem polecić Bujo!

A czego Wy używacie do planowania i organizacji? Czy próbowaliście prowadzić własny Bullet Journal? Dajcie znać w komentarzach.